Lokalny Biznes: Pan doktor lekarz weterynarz

 

Tak nazywają do dziś mieszkańcy tego Pana, który jak niewielu przysłużył się rozwojowi naszych miejscowości i zasobności portfeli rolników. Nieprzespane noce dziesiątki kilometrów, bez względu na pogodę, porę dnia, świątek piątek czy niedziela, zawsze służył i służy do dziś swoją ofiarną postawą i pracą, dziś to jeden z ostatnich, takich charakternych ludzi w naszej Gminie, człowiek wielkiego serca do ludzi i przede wszystkim dla zwierząt, tych wielkich jak i małych. Proszę Was dziś napiszę w dziale lokalny biznes o żyjącej legendzie naszego środowiska ur. 9 kwietnia 1933 r. w Ryczywole pow. Oborniki Pan Stanisław Stankiewicz.

Mamy niewielki wstęp za sobą, więc będziemy poruszać się do przodu zahaczając o historię, bo to ona jest ważna, jak kolejno krok po kroku nasz Pan doktor, doszedł do dni obecnych, kończąc po drodze dwa fakultety. Pierwszy kierunek jaki ukończył to zootechnika w Wyższa Szkoła Rolnicza We Wrocławiu w latach 1952-1956 i uzyskał dyplom stopnia pierwszego.

Jak wspomina: nie chciałem iść do wojska po szkole średniej, szkoda było czasu, dwa lata, więc trzeba było coś studiować i tak zacząłem we Wrocławiu ową Zootechnikę. Po ukończeniu i otrzymaniu Tytułu inżyniera, były nakazy pracy i ja takowy nakaz otrzymałem do Strzelec Krajeńskich tych w kierunku Gorzowa Wlkp.  Tam pracowałem od 1956 r. dwa lata i tam byłem kierownikiem Referatu Produkcji Zwierzęcej. Wszystkie akcje, które dotyczyły zwierząt a wiemy że należało wszędzie dojechać, jednak nie było czym jeździć, wszędzie jeździło się bryczką ,, dwukółką,, czasy były ciężkie teren ogromny, tam w Strzelcach zrobiłem prawo jazdy i też tam zachorowałem. Sprawa tak wyglądała mieliśmy jechać na objazd po spółdzielniach , jednak mój pracownik widząc jak wyglądam, zawiózł mnie do Drezdenka, bo tam był szpital a czułem się coraz gorzej, to był wyrostek, przy tej chorobie to nie wiadomo, gdzie boli, czy z przodu z boku itd. Uznali jednak po zbadaniu mnie, że to zatrucie, dali jakieś sole leki i kazali wracać do Strzelec w międzyczasie odesłałem pracownika z tym koniem, bo po co miał się kręcić przy mnie, jak robota ciągle czekała. Coraz większy ból a ja sam na stacji kolejowej , jak sam wspomina, gdyby w owym czasie spotkała go milicja to by jeszcze dostał parę pałek (teraz się śmieje w tym miejscu opowieści) i taki byłby finał, bo i wymioty i ledwo słaniający się na nogach, ból był okropny, że gdy przyjechał pociąg pamiętam, był relacji Krzyż Szczecin to go przepuściłem, nie miałem siły wstać, pojechałem następnym. Mieszkałem wtedy nad biurem Zarządu Rolnictwa i tak do rana wijąc się z bólu doczekałem i od nowa ,,polska ludowa,, znów, tym razem kolega rolnik, zawiózł mnie ,,dwukółką,, do POMU tam był stary lekarz, pamiętam, dotknął mojego brzucha, szybko pogotowie i zawieźli mnie ( śmiech )do Drezdnka tam natychmiast operacja ale to było już za późno bo się rozlał i po operacji już nie miałem co tam w Strzelcach robić, bo długo byłem na zwolnieniu, aż do końca roku. Dlatego ponownie postanowiłem pojechać do Wrocławia na uczelnie i pomyślałem sobie, że może czas jeszcze coś studiować w tym samym kierunku, skoro zdrowie nie dopisywało. Tam spotkałem kolegę, w dziekanacie powiedzieli, że po uzupełnieniu anatomii nam zaliczą pierwszy rok i tak zacząłem studiować drugi kierunek, czyli weterynarię, było to w 1957 roku.

No i drugie jakoś się skończyło, sześć lat studia trwały do 1963 r. W połowie studiów, dopatrzyli się, że skoro się studiuje drugi raz to stypendium się nie należy, dlatego trzeba było szukać pracy w gazetach i znalazłem ogłoszenie z Wałcza, że szukają lekarza, za stypendium fundowane, nawet to było lepsze, bo płacili cały rok i nie 280 zł. jak pamiętam tylko 600 zł. i nawet były płacone wakacje (śmiech). Po studiach należało odpracować, wróciłem więc i podjąłem pracę w Wałczu, zawarłem umowę pamiętam z Lekarzem Powiatowym Hrynikiem, tak się nazywał a powiem, mieszkałem wtedy jeszcze w Pile.

Bardzo dobrze wspominam tamte czasy stażu w 1963 r. było dużo młodych lekarzy z Wrocławia, zespół bardzo dobry, pracy bardzo dużo więc do domu nie wracałem wcześniej jak w nocy, był przeogromny problem z samochodami na tylu nas były tylko dwa samochody z Taxi nr. 3 i 5 i one nas rozwozili wtedy po rejonie. Pamiętam w Wałczu jako stażyści mieliśmy mało płacone, a że robiliśmy roboty dużo to lekarze starsi sami się ze swojej wypłaty składali i częściowo nam to rekompensowali. Pamiętam takie historie jak to zawieźli mnie do Różewa a dokładnie było w miejscu, gdzie obecnie nie ma już chlewni, pomiędzy stacją Skrzatusz a Różewem, po prawej stronie taka duża chlewnia macierzysta, to znaczy była tam produkcja prosiąt i miałem tam takie zdarzenie. Zaszczepiliśmy ganek po lewej z prosiakami, na chwilę wyszliśmy z chlewni bo pracownik chciał zapalić, ja nie paliłem to mówię wiesz co ja pójdę przygotować szczepionki na drugą stronę do szczepienia, wchodzę i co widzę te wszystkie prosięta, które zaszczepiłem popadały, jak trupem ja zadzwoniłem do swojego przełożonego i on mówi wstrzymać dalsze szczepienie, bo jak się okazało szczepionka była wadliwa i ją wycofali, starszy lekarz przez telefon mówi mi nie szczep dalej, poczekaj aż dojedziemy, tak czekając na starszych lekarzy w międzyczasie prosięta wszystkie odżyły, bez niczego, takie ……..zdarzenie. Na stażu wspominam, dobrze się pracowało.

Rok był pełen nowych wyzwań. W Sylwestra z małżonką Moniką wzięliśmy ślub, a w kwietniu 1964 r. dostaliśmy mieszkanie w lecznicy w Wałczu, na tzw. ziemiach zachodnich, mówi z niepewnością Pan Stanisław (patrząc na żonę i czekając na potwierdzenie i tu śmiech Pani Moniki… mnie nie pytaj.  Żonę znałem od dziecka, można tak powiedzieć, bo pochodziliśmy razem z Ryczywołu …..śmiech, no nie od dziecka, siedem lat różnicy……śmiech, teraz to żadna różnica, żona mówi, teraz najważniejsze jest zdrowie, no bo mam starego męża…..śmiech.

Wspomina dalej no i potem od połowy roku 1964 r. byłem po stażu z Jaraczewa odszedł kierownik Borowski a procował tu wtedy, sanitariusz Pan Juszkiewicz, dobry fachowiec, niestety już nie żyje. Roboty było dużo świątki i piątki w tamtym czasie to krów samych było bardzo dużo i tak sam sobie zadaję pytanie, po co Gmina robiła spisy, do dziś widzę każdą oborę u gospodarza, stanowisko, bo obsługiwałem poza leczeniem zwierząt, też i spęd, więc jeśli jakaś sztuka była do sprzedaży to musiała przejść przez ,,moje ręce,, a w to miejsce była już zacielona, to stan ciągle był ten sam. Kiedyś w każdym PGR było po 1000 krów, świnie i owczarnia, dawniej obsługiwałem kilkanaście tysięcy zwierząt. Sama kolonia Leżenica w stronę Róży było 80 szt. Kiedyś nie ważne było, czy on był księdzem, naczelnikiem poczty, czy zwykłym człowiekiem musiał trzymać krowę a świnie to kiedyś miał każdy nawet jak nie był rolnikiem to miał. Róża wielka u rolników 600 szt. samych krów w Skrzatuszu jak pojechałem i np. stanąłem koło sklepu to w ten czas od jednego do drugiego, podjeżdżało się, końca nie było Skrzatusz miał ponad 600 szt. samych krów , ponad tysiąc świń. To były czasy badania i ogólna biurokracja, wtrąca żona, wszystko, każda sztuka musiała być opisana, badanie gruźlicy bruceloza, druki ach kto przyjeżdżał do nas musiał pisać, stosy dosłownie stosy papierów, każda krowa oddzielnie opisana, grubość skóry wszystko, nie było czasu na sen i na normalne goszczenie. Pamiętam jak kiedyś przyjechał na kontrolę powiatowy dr. Hrynek a mój mąż miał kosz od bielizny a w koszu dokumentacja, nie było czasu pisać, Jezu jaka to była robota nie zapłacona.

W mojej karierze w dwóch miejscowościach w 1965 r. miałem pryszczyce choroba zakaźna, wiadomo po wykryciu tej choroby wioski musiały być odizolowane od reszty a było to w Pokrzywnicy, gdy sołtysem był Pan Hopko, zapobiegawczo też w PGRach między innymi w Cochu. Przed wioskami z każdej strony leżały maty, do dyspozycji miałem milicjanta z lotnej, ludzie nie mogli przez trzy tygodnie opuszczać wsi, nawet nie mogli się odwiedzać i ja też musiałem tam być, zapytałem więc gdzie Pan spał a tu śmiech wspólny, nie dobrze było, żywili mnie, niech to będzie taka tajemnica.

Jak się skończyła, to wybuchła w Leżenicy a sołtysem był wtedy Pan Gajek i ja musiałem decydować, komu pozwolić do lekarza do pracy, ach i też zabawna historia, tego typu ksiądz miał rekolekcje w Szydłowie i pozwoliłem, by jechał nauczać, zresztą powiedział, gdybym miał jakieś kłopoty z tego, że pozwoliłem jechać na rekolekcje, to mandat zapłacą parafianie, ale obyło się bez. Potem podobne objawy zaczęły się w Skrzatuszu też u Sołtysa Pana Ptaka, bo to były miejsca gdzie wiele się przewijało ludzi, byłem tam parę dni wspólnie z powiatowym Antoni Chryny, oj to był służbista, ale dobry, taki właściwy człowiek do zwalczania takich epidemii, jak szedł to za nim szła cała wioska, miał prywatną Syrenę. Twardą ręką nas trzymał w jednym roku zwolniło się dziewięciu lekarzy, ale ja wytrzymałem, (śmiech). Kiedyś wystarczyło się spóźnić kilka minut i już było po premii, dlatego niektórzy nie wytrzymywali, takiego rygoru pracy.

Za moich czasów był rozkwit obór, w PGRach pobudowano ich wiele, za ilością nowych stanowisk szła też lepsza opieka nad zwierzętami, kończyły się choroby takie jak gruźlica a były to lata 70te. Był to też czas w którym nie było problemów z pracą, ile to ludzi pracowało w każdym PGR to ponad 50 ludzi, koni do oporu a potem to wiadomo, mechanizacja. Ciągle jednak był problem z dojazdami do bydła, pamiętam jak kiedyś, już miałem swój samochód i zepsuł mi si, chyba w Cochu, tak to było w Cochu i na miejscu nie udało się naprawić, to pamiętam ojciec Twój, Stanisław Drożdż, był wtedy starszym oborowym, wziął konia i przyciągnął mnie, ja w Syrenie a ojciec na koniu, jak kowboj, ale to były czasy (śmiech) wszyscy sobie pomagaliśmy. Jeśli chodzi o dawną ,,władzę,, to były czasy, że kierowników ustalał Gminny Komitet Partii i co roku oni chcieli, takie tam co się robiło, więc co roku o tam to sam się pisało (śmiech) a miałem jeden taki przypadek, dziś to się może wydawać śmieszne, lecz kiedyś, nikomu do śmiechu nie było.

Na naszym terenie, pod koniec lat 70-tych było czterech lekarzy i dwóch techników, mieliśmy swoje samochody i wszystkie się zepsuły włącznie ze służbowym, pamiętam przyjechał rano kierowca z Kotunia i rozwoził nas do rolników, na motorze do przypadków, jak można było pracować bez samochodów, dojechać było trzeba i leczyć, czy się udało to już inna sprawa, nieraz siedziało się cała noc przy koniu podawało mu się leki a rano mógł zdechnąć, takie pamiętam też, ale dojechać musieliśmy i tego dotyczy ta historia. Sytuacja tego typu nie byłem wtedy radnym i zaproszono mnie na sesje, bym omówił sytuacje w naszej gminie a my nie mieliśmy jak pracować bez samochodu, choć ogólnie pracowało się dobrze, bo można było ,,puścić,, jednego na Różę wielką i on tam załatwił cały teren Pokrzywnice i Kłodę, drugiego na Skrzatusz i St. Łubianka.

Wracając jednak do meritum, była sesja końcowa, wiadomo trzeba chwalić i same dobre rzeczy mówić, co się w naszej Gminie Szydłowo dzieje, ale tydzień wcześniej Sołtys Pokrzywnicy Pan Hopko, był też radnym powiatowym i miał chore świnie, nie miał ich wiele, ale że miał w domu telefon, to dzwonił non stop jednak do niego, wtedy zajechali na końcu, tak późno, że przed sesją, zaczepił mnie na korytarzu i się skarży, że był na końcu załatwiony, ja mu mówię, nie mów mi o tym, ja wiem, powiedz na sesji Sołtysie. Wyjaśniłem że gdyby były pojazdy to , byśmy objechali w kilka godzin i nie było by problemu, lecz już następnego dnia od rana rzeczywistość zastała mnie taka, że oskarżono mnie o bunt chłopstwa, za to dostałem naganę od Wojewody i zastrzeżono mi, jeśli jeszcze raz będę podburzał chłopów opowiadając, że są braki w transporcie, to roboty mszę szukać poza Woj. Pilskim.

Takie to były przypadki, jest ich oczywiście wiele , które usłyszałem w rozmowie z Panem Doktorem, lecz by je opisać wszystkie, należało by dopisać jeszcze kilkanaście stronic.

Doktor wspomina dalej…..dziś patrząc na swoją drogę zawodową, gdybym miał wybierać, to po raz drugi wybrał bym tą drogę, którą podążam, wiadomo jest, że ja już nie będę inwestował w nowy sprzęt , rentgeny i inne nowości w mojej dziedzinie, jednak nie wyobrażam sobie nie pracować, ja ciągle jestem na posterunku o każdej porze dnia i nocy, by wyjechać i leczyć. Wiadomo nie robię tego z chęci dorobienia się, tylko by wyjechać…………wszystkich się zna, ach co to za czasy, kiedyś muszę przyznać jeszcze jedną rzecz, zapiłem się kawą, tak bo dawnymi czasy jak przyjeżdżałem do gospodarza, to nie ważne, czy to obora-chlewnia już była kawa ( śmiech). Na przykład u Pana Kujawy, zawsze była bardzo mocna, tak samo u Pana Nowaka na Wildku, zawsze na początek kawa.

Wiele razy z racji zawodu byliśmy proszeni z żoną na wesela i inne uroczystości, było bardzo wesoło i na palcach jednej ręki mógłbym policzyć takich rolników, którzy byli wiecznie niezadowoleni a jak oni się nazywają to nie będę mówił, bo każdy wie kim oni są (śmiech). Weźmy taki Skrzatusz, kiedyś było trudno o telefon i był jeden numer i Gmina się zastanawiała, komu dać czy Róży czy Skrzatuszowi (dziś młodzież nawet nie wie o czym mówię jak to telefon jeden na wioskę) no i Skrzatusz przebił ofertę , rolnicy więcej się dołożyli i powstał komitet do załatwienia tej sprawy, to oczywiście pojawili się tacy co od razu, mówili że skład komitetu ma jakieś korzyści a kiedyś to zamiast łapówek trzeba było zwieść mięso do Ożarowa, bo tam produkowali drut telefoniczny, więc pojechali i załatwili, ale wiadomo niektórzy byli od młodych lat podejrzliwi i tak im zostało do dziś (śmiech) nawet sprawę założył do Sądu, odnośnie tego telefonu (śmiech).

Kiedyś wszystkie sprawy wioski były załatwiane tam gdzie był telefon a że był jeden to urwanie głowy, było zawsze, telegramy na pogrzeby, pogotowie i wszystko inne, sprawy całego Jaraczewa były załatwiane telefonem w Lecznicy, ale co było robić, chodziło się i powiadamiało. Nastały komórki do których nie mogłem się przyzwyczaić.

Dzisiaj już dużych zwierząt na terenie gminy nie ma, jeżdżę do piesków, kotków i królików, ach a kiedyś się tak przed tym broniłem, kiedyś przez wiele lat nikt nie leczył kotów. Gdybym na początku swojej drogi usnął, to jeśli bym się dziś obudził to nie uwierzył bym w przemiany jakie się dokonały w stopie rozwoju gospodarzy, ich podejścia do roli, ciężko się napracowali oj ciężko ja razem z nimi.

Słów kilka o mojej rodzinie.
W domu byłem gościem, ukształtowaniem dzieci, zajęła się żona, dobrze że były zdolne, szkoła aż do dorosłości, to wszystko żona Monika, córka Agnieszka po Politechnice Szczecińskiej jest ,,budowlańcem,, a Iwona jest dziś lekarzem, syn Leszek to zapalony ornitolog.
Na moje pytanie o pasje, oczywiście poza pracą, bez wahania wspólnie z żoną Pan Stanisław odpowiedział, że jest to język Niemiecki , pisownia, gramatyka, studiowanie słowników i ciągłe odkrywanie, nowych słów.

Przyznacie drodzy czytelnicy, że postać Pana Stanisława Stankiewicza, jest nietuzinkowa, to człowiek skromny, uczynny, inteligentny i bardzo kochający swoją pracę, bez której było by mu niezmiernie ciężko się odnaleźć w dzisiejszym Świecie, praca jest jego mottem i drogą życiową i tak się zastanawiam, jest wiele różnych tytułów odznaczeń, którymi w przeszłości, był odznaczany, aż mnie korci, by wymienić tu w tym tekście osobę Starosty Pilskiego, by uhonorował, tak bardzo zasłużonego dla naszego Powiatu Pana Doktora a jeśli nie ma takiego odznaczenia ,,Honorowy Obywatel Powiatu Pilskiego,, to należało by taki tytuł ustanowić i nasz Pan Stanisław Stankiewicz, był by pierwszym, jego kawalerem.

Kończę to pisanie, lecz rozmowa jeszcze brzmi mi w uszach i nie wszystkie jej aspekty przedstawiłem i historie o których usłyszałem, nie wszystkie ujrzały światło, powtórzę się raz jeszcze, człowiek jest chodzącą legendą, naszej Gminy i pracującą ciągle, młodzi mieszkańcy, jeśli chcecie poznać bliżej Pana Stanisława, to zadzwońcie i otwórzcie zlecenie tel. 601835372 a dostaniecie w zamian coś nieosiągalnego, możliwość rozmowy z człowiekiem, który od 20 lat jest na emeryturze i ciągle pracuje, bo nigdy nie przestał pracować, jak mówi sam i nie przestanie.

Dziękuję raz jeszcze za rozmowę Panie Stanisławie.

Stowarzyszenie Przyjazna Wieś.
Janusz Drożdż, Tel. 885801900